Jeszcze nie do końca wiadomo jak bolesna opowieść o budowie domu szkieletowego
RSS
piątek, 18 lipca 2014
Płonąca świątynia

Garaż to była jego świątynia. Był tam i kapłanem i bóstwem i gościem, co gasi świeczki i zamiata podłogę na koniec. Żonka traktowała garaż jako całkiem zwykłe miejsce gdzie trzyma grabki, więc nie pojawiała się w środku bez konieczności. 

To było miejsce magiczne, które swoim jarzeniowym blaskiem przyciągało wieczornych sąsiadów na jedno małe, albo dwa, jeżeli akurat dłubał w czymś co dawało czas, by przed spaniem machnąć bez wyrzutu i ze trzy. Takie nowoczesne palenisko w dawnych kuźniach gdzie w długi zimowe wieczory można było się ogrzać, pogadać i generalnie uciec przed wszystkim bez konieczności odpalania komputera.

Teraz garaż miał zyskać jeszcze obok wiatę na drewno i w ten sposób powiększyć swoją chwałę o dodatkową nawę.

W tym celu należało przyspawać do konstrukcji garażu zakupione kątowniki i potem pokryć je blachą dachową.

On wśród rozlicznych talentów nie posiadał akurat skilla – spawanie. Za rytualną płynną opłatą zorganizował po sąsiadach z jednej strony migomat (taka hipsterska spawarka), oraz Artka – spawacza-wymiatacza.

Pierwsze spawy do słupków poszły bezboleśnie, najtrudniejszy okazał się spaw wiaty do konstrukcji garażu. By to w ogóle było możliwe, dzień wcześniej w pocie czoła wyrzynał w blasze falistej otwory odsłaniając bezwstydnie gołe płaskowniki.

Udało się z pierwszym mocowaniem do garażu, teraz nadszedł czas na drugi.

Gdy po niemałych bojach w szybko gasnącym blasku październikowego wieczoru udało się przyspawać drugi kątownik do garażu, Artek zapytał jak gdyby nigdy nic.

- Ciekawe dlaczego z tego otworu obok spawu, buchają płomienie.

Gdy wpadł do środka garażu, okazało się, że nie pomyślał, że po drugiej stronie płaskownika, który radośnie zaatakowali spawarką biegnie plastikowa rurka z kablami instalacji elektrycznej. Ale nic to, rurka się stopiła i kapała płonącymi katiuszami na półkę na której trzymał między innymi: benzynę, rozpuszczalniki, kleje, oleje, i jeszcze więcej rozpuszczalników. Licho wie co by się działo gdyby to pierdyknęło, ale raczej z zaparkowanego obok motocykla można, by zrobić tylko huśtawkę.

On stał, patrzył, od dziwo nie spanikował i wtedy pomyślał: co zrobiłby MacGyver. Wyłączył prąd i poszedł spokojnie po wiaderko z wody.

Nigdy już nie udało się domyć opalonego dachu garażu, surrealistyczny fresk na suficie garażowej świątyni olśniewa do dziś, a w zimowe wieczory ma o czym opowiadać zmarzniętym sąsiadom, którzy przybywają na wieczorne garażowe nabożeństwa.  

katedra

piątek, 11 lipca 2014
Kantownicy

Prolog

- Żonka, bo padł taki pomysł. Jakby ten placyk co zrobiliśmy z Padreckim - zadaszyć.

- Ale ja bym chciała tam taką drewnianą chatkę na drewno, myślałam, że mi taką zbudujesz - oczy małego kociaka.

- Ależ kochanie, czy wiesz ile to będzie kosztowało? Sam materiał pewnie z 1 500 zł. A ja całą tą wiatę w całości zrobię za 300 zł (kłamstwo).

- Ale będzie ładnie?

- Pięknie będzie...

 

 

O istnieniu takich miejsc człowiek dowiaduje się tylko i wyłącznie gdy musi z nich skorzystać. Owszem ma się jakieś mgliste pojęcie, że blachy, kątowniki, drut zbrojeniowy skądś się bierze, ale zwykle jest to po prostu element, który sam przyjeżdża na plac budowy i na takim etapie refleksji większość się zatrzymuje.

Gdzieś na tyłach rozwalających się czworaków znajdował się niewielki placyk zawalony wszelkiej maści żelastwem. Droga do niego nosiła tą nazwę chyba tylko z litości. Ciąg połączonych kałuż z wystającą gdzieniegdzie samotną rafą gruzu, bardziej skłaniał się ku słowu akwedukt. Naliczył dwa większe i ze cztery mniejsze zgrzytnięcia podwoziem nim wjechał na plac.

Skierował się do rozwalajacego się barakowozu z którego mimo sierpnia i dwudziestukilku stopni w powietrzu, beztrosko zawiewało palonymi śmieciami.

W środku odnalazł trzech jegomościów, o dziwo trzeźwych, a przecież było już w pół do dziewiątej. W jakim celu na placu gdzie zagląda ktoś może ze dwa razy dziennie, a otwarte mają od 8 do 14, aż trzech, powiedzmy że sprzedawców? ZUS raczy wiedzieć. Wpatywali się tępo w przestrzeń, unikając jakiekolwiek kontaktu z kimkolwiek. Oto trzech mędrców zen i profan, który wkroczył zakłócać czakramy ich świątyni.

- Kątowniki chciałem kupić, sześć - zaczął on.

- O! - zdziwił się pierwszy mędrzec.

On spojrzał za siebie na plac zawalony zardzewiałym żelastwem, raczej nie było mowy o pomyłce.

- Tak, dokładnie tak.

- O! - powtórzył mędrzec - a KP ma?

- KP?

- Kasa Pokwitowała, bo my tu tylko tniemy, ale ile, to z kasy musimy mieć KP, bez KP to ja nawet nie wstaję - na poparcie słów tkwił niewzruszenie w odpowiedniku krzesłowgo lotosu.

- Dobra, kto daje KP?

- W tamtym budynku, pierwsze piętro, Jędrek.

  Poczłapał, załatwił, zapłacił.

- Oni mi to potną to tam, żeby mi się zmieściło do samochodu?

- Oczywiście

 

Wrócił na plac. Ze stada żelaznych kątowników fachowcy oddzielili już wyselkcjonowane sztuki.

Tak panu wybraliśmy, żeby nie były bardzo pordzewiałe, by samochodu nie pobrudzić.

- Ale skąd wiedzieliście jakich potrzebuje?

Gospodarz placu z brudnych spodni, brudną dłonią wyciągnął nowego Iphona 5, złotego.

- Jędrek dzwonił.

- O! - skomentował grzecznie On - A potniecie mi to?

- Tylko, że nam się maszynka zepsuła, to nie pomożemy.

Na szczęście On był na to przygotowany, z bagażnika wyciągnął szlifierkę.

A jak mam własny sprzęt, to pomożecie?

- My się cudzych maszyn nie czepiamy, taka filozofia.

Chyba nie było z czym dyskutować.

Macie tu jakiś prąd?

- Bierz, prądu żałować nie będziemy, taka filozofia - rzeki mędrcy i oddryfowali w stronę baraku świątynnego kontemplować inne aspekty Kant-owniczej filozofii.

kant

Tagi: budowa
12:00, sickq
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 lipca 2014
Plac

Padrecki ocenił wykonaną płytową robotę z większą litością niż Żonka - nie skomentował.

 

-  A co z resztą?

-  No właśnie nie wiem, ale już się zaczynam przyzwyczajać do tej zarastającej trawą sterty, może pozwolę im po prostu zgnić.

-  A może zrobimy taki placyk na drewno koło garażu? Będziesz miał na zimę, taki piękny dzień, szkoda by się zmarnował...

Sięgneli po inspiracje i zabrali się do roboty. We dwóch robota szła dość szybko, do popołudnia teren zyskał mniej więcej odpowiednią wyrazistość, dało się na nim postawić butelkę i nie przewracała się. Można było więc uznać całą operację za spory sukces.

Gdy usiedli w cieniu i podziwiali konstrukt, Padrecki zaczął snuć wizje.

-  Jakbyś miał czas, to byś mógł tu słupki zabetonować, i pociągnąć profile do dachu i sobie przedłużyć ten dach z garażu i miałbyś taką piękną wiatę na drewno, że ludzie by przychodzili oglądać z pobliskich wsi.

Pewnie, a potem oświetlenie, jakieś ładne ścianki i można się przenieść na lato z kuchnią.

Zawiesił temat, ale wiedział, że padł na podatny grunt, nasienie już dojrzewało...

plac

piątek, 13 czerwca 2014
W pocie czoła

To było bardzo odświeżające doznanie. Ten ból w plecach, łupanie w karku, pieczenie w dłoniach, nierówny oddech i piana na ustach. Pierwszy palec przytrzasnął sobie już trzecią płytą. Miła odmiana od stukania w klawiaturę. Jest rozmach.

Do południa miał ułożone jakieś 7 i z każdą chwilą coraz bardziej rozumiał, dlaczego brukowanie tyle kosztuje.

Z drugiej strony piwo smakowało jak nigdy, opalenizna na plecach zawstydziłaby hindusa, a iskra podziwu w oczach przechodzących sąsiadek - bezcenna.

Całość zajęła jakieś dwa dni. Żonka przeszła się po dwóch ślicznych drogach wyznaczających  nowiutki pas startowy w dojeździe do garażu.

-  To jeszcze siądzie trochę, prawda?

-  A co?

-  Krzywo.

Poprawki zajęły kolejne dwa dni i tak było krzywo...


poniedziałek, 17 lutego 2014
Operacja wielka płyta.

 O opcji był co prawda tłuczony azbest z pobliskiej stodoły, ale zdecydował się ostatecznie na wydolny budżetowo zakup płyt chodnikowych. Wyliczył, że będzie mu potrzebnych około 100 sztuk.

Sprawdził najpierw ceny w prawdziwych sklepach, popukał się w czoło i zaczął szukać używanych.

Natychmiast trafił na dwa ogłoszenia.

  1. aaa sprzedam używane płyty z demontażu. 100 sztuk, cena 3 zł sztuka. Brać bo do domu ida.
  2. aaa i a sprzedam używane płyty, 200 sztuk, cena 4 zł i mam jeszcze krawężniki.

Zadzwonił wieczorem do opcji pierwszej.
- Panie, jaki ja durny byłem, mogłem dzieci wysłać na studia ze te płyty, gdybym tylko wiedział. W dwie godziny się rozeszły, głupi, głupi, za tanio, za tanio.

Drżącymi palcy wykręcał pod numer z drugiego ogłoszenia.
- Zostało mi około 100, ale musi pan sobie po nie przyjechać jutro.
- Ale jest 20:00, a ja nie mam transportu.
- Przetrzymam panu jutro do południa i dorzucę jeszcze paletę krawężników, szmelc ale darmowy. Tego będzie ze 4 tony, pan sobie HDS załatwi do tego lepiej.

Łoj! Co da się załatwić o godzinie 20:00? Okazuje się, że podobnie jak agencje towarzyskie usługi dzwigowe są dostępne o całkiem dziwnych porach, ale też po iście burdelowych stawkach.

Za transport 350 zł, za płyty 400 zł, no ale nic, temat zamknięty w jeden dzień, ekstra.

Około północy facet przysłał fotki i komentarz. Który przeczytał dopiero rano.

Byłem, liczyłem i mam tego jednak tylko 56 sztuk, mam co prawda jeszcze dodatkowe 50 sztuk, ale gość mi nawet już wpłacił na konto, ale bierze pan prawda?

6:00 rano, telefon do gościa od płytek.
- Ale panie, teraz to mnie transport wyniesie więcej niż same płytki. Bez sensu.
- Ale krawężniki gratis.
- Ale daj pan spokój, bo przez plery takim krawężnikiem zdziele.

Następnie należało odkręcić kwestie transportu. Odkręcił. 

Telefon. 
- A jak ja panu dam te dodatkowe 50 sztuk?
- Ale przecież gość jakiś już za to zapłacił.
- To biorę na siebie, jakby coś to bierze pan? I te krawężniki też?

Zaczęła się w nim rodzić myśl, że te krawężniki brały udział w jakichś bardzo nielegalnych interesach.
- Biorę - powiedział z wahaniem - ale komuś pan bardzo zepsuje dzień, a nie ma jeszcze 7.00 rano.
wielkaI zepsuł. Nie ma w życiu nic pewnego. 

Tagi: płyty
14:28, sickq
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 lutego 2014
Grunt to podstawa

Gdy, dawno temu (chyba już można tak powiedzieć, skore pewne elementy zaczeły już odpadać i popękały), wprowadzali do nowego domu, teren wokół wyglądał jakby niedaleko pierdyknął całkiem sporych rozmiarów meteoryt. 

Fragmenty styropianu gnane wichrem, skręcone kawałki pianki uszczelniającej, jakieś upaprane dechy, gwoździe drapieżnie najeżone w stronę nieba, doły pełne błota i wody dziwnego koloru, puste butelki wódki nieznanego pochodzenia, i jedna zużyta prezerwatywa, która była obiektem całkiem fantastycznych domysłów przez dobrych kilka dni.

Mimo tego, wśród tej iście księżycowej scenerii, gdy do domu można było się przedostać jedynie po piramidzie ze starych palet i ukończonej szkole akrobatyki, w odruchu euforii zamówili wycenę wykonania bruku przed domem.

Pan przyjechał, obrzucił wzrokiem teren i uśmiechniętą rodzinkę. On powiedział co jest do zrobienia, Pan rzucił cenę. Uśmiech zgasł, Pan pojechał i koniec historii. 

-Może w przyszłym roku - bąknęła Żonka, i poszła dalej odpylać ściany.

Pierwsza zima bez utwardzonego podjazdu okazała się wyzwaniem godnym wyprawy Amundsena. Jedynym co jakoś ratowało sytuację, była wielka plama starego betonu, który partacze od fundamentu pozostawili przed domem (bo im się za dużo zaprawy zrobiło - a kto za to zapłacił?). Było to jedyne miejsce gdzie człowiek nie zapadał się powyżej kostki i mógł żywić realną nadzieję, że pozostawiony tam na noc samochód nie okopie się i nie zapadnie w zimowy sen.

Interwencyjnie wycyganił od sąsiadki trochę starych dachówek, z rowu wyszabrował tyle gruzu ile się dało i kleił w największe pluchy coś w rodzaju zwodzonego mostu, by dało się przejechać do garażu. Efekt? Skończyło się na tym, że samochód parkował na stałe na środku drogi, a w gorsze dni na pobliskiej pętli autobusowej. Każdy dzień zaczynał się radosnym skrobaniem szyb i chuchaniem w zamek. Z wszystkich przywilejów posiadania garażu pozostała tylko funkcja zamknięcia tam przypadkiem kota sąsiada (a rano patrzył potem takim wzrokiem, że strach).

cdn.

Źródło: www.grumpycats.com

Tagi: podjazd
12:16, sickq
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 maja 2013
Schodki

Schody – solidna konstrukcja z jesionowego drewna służąca do przemieszczania się między piętrami, po której – według zapewnień wykonawcy - może skakać na raz sześć osób, a one nawet nie drgną.

Tyle teoria głoszona przez pijanego mistrz schododzieja.

W praktyce, Młody podszedł, coś pociągnął i odpadł dolny schodek. Dla przypomnienia, Młody ma lekko ponad dwa lata i choć kochanej złośliwości jest w nim jak na tak niewielką istotkę dość dużo, to siły małego czołgu jeszcze nie ma.

Okazało się, że schodek trzymał się na ilości kleju, którą nie dałaby rady naćpać się średnio rozgarnięta mucha.

- Pamięta pan, z rok temu montował mi pan schody, Młody mi je na strzępy rozerwał, kiedy może się pan tym zająć?

- Nie pamiętam.

Pan schodziarz był dopiero na początku zdania.

- Chodzi o to, że zostały źle zrobione, nierówno, i tam jakiś mistrz podłożył drewnianą drzazgę, smarnął oszczędnie klejem, i potem chyba zaczął się modlić, by wytrzymało.

- Panie, ja tyle tego robię, że nie pamiętam nic, pan mi pośle zdjęcia.

- Poślę.

Posłał.

- Teraz pan już kojarzy?

- Widziałem, przecież to jest prosta sprawa, wyciąć kawałek, klina, podkleić klejem montażowy, choćby. Będzie skała, dziecko sobie poradzi.

- No właśnie sobie poradziło. Świetnie, to kiedy pan to przyjedzie zrobić?

Było prawie słychać jak przepalone synapsy rozpaczliwie próbują zlutować się w tymczasowe styki. Z jakiegoś powodu ze słuchawki dobiegał bulgoczący dźwięk. Odpowiedź rodziła się w bólach.

- Co? - grał na czas schodorób.

- Ja to sobie mogę sam zrobić, ale nie o to chodzi. To jest fuszerka i oczekiwałbym, że dla zasady i z przyzwoitości, pofatyguje się pan i to załatwi. Albo chociaż niech pan powie „przepraszam, moja wina”, albo cokolwiek.

- Ale to było ponad rok temu.

- To pan robi schody na rok?

- Nie ma już gwarancji, gwarancja rozruchowa jest na rok – nigdzie, nigdy nie było mowy o niczym podobnym.

- To jest spartaczone przy montażu, wada ukryta, pospolita amatorszczyzna.

- Ale ponad rok temu – uczepił się, a bardziej uwiesił myśli "fachowiec".

- Czyli co?

- Jakby pan chciał gwarancji na więcej to trzeba zapłacić.

- Chyba już skończyliśmy rozmawiać, na zdrowie.

schody

Tagi: schody
12:37, sickq
Link Komentarze (2) »
środa, 08 maja 2013
Dzień Świstaka – wpis wspominkowy

- Pani Sołtys, jakby się dało, to byłoby miło, że by tą drogę do nas odśnieżyć raz na jakiś czas, było nie było, gminna choć tylko gruntowa – powiedział On gdy rypnęło pierwszym mocniejszym śniegiem takim pod kolanko.

- Ojej, bo ja o was zawsze zapominam, załatwi się, w końcu za to płacicie podatki.

Jeszcze nie wiedział w co się wpakował.

Pług przyjechał następnego dnia, to jest w sobotę o 5:30, narobił hałasu, obudził Młodego, poburczał i uciekł.

I oto zdumionym oczom całej drużyny ukazał się rana taki obrazek.

Droga, która do tej pory była gruntówką o szerokości jakichś 3 metrów, nagle stała się dwupasmówką i to taką z błotnymi koleinami godnymi nowego tira z Biedronki. Kierowca pługu tylko orientacyjnie wiedział gdzie jest droga i odśnieżał częściowo na chybił-trafił. Zyskali więc podstępnie odśnieżony fragment pola sąsiada, gdzie wjechanie przypadkiem groziło zwyczajnym utopieniem. Dodatkowo wszystko co udało się zgarnąć z drogi – a udało się niemało, kamienie i błoto też – znalazło się na ich działce w postaci poszarpanych ostańców, niektórych wyższych od Młodego.

Efekt całej operacji był taki, że tyle samo czasu zajęło usunięcie błotno-śniegowego wału, tak by dało się wyjechać z działki, co zajęłoby odśnieżenie całej drogi z pomocą przekleństw i łopaty.

Tylko Młody zachował jaką taką pogodę ducha: - robimy bałwanka?

W nocy znów spadł śnieg, a z rana okazało się, że dróżka stała się nagle strategicznie ważna dla obronności kraju i ma pierwszą kategorię odśnieżania.

Dzień Świstaka.

snow

wtorek, 16 kwietnia 2013
Wyrównywanie rachunków

Państwo nie zapomina. Zwłaszcza, gdy ma do obywatela jakiś interes obejmujący swym zainteresowaniem ściąganie z obywatela kasy.

Przyszło więc kolejne magiczne pismo, które z rozbrajającą szczerością powoływało się na jakiś anonimowy artykuł, anonimowego paragrafu, który to nadawał moc zabierania obywatelom pieniędzy.

Sprawa dotyczyła podatku gruntowego, który zdawało mu się, że już zapłacił. Okazało się, że faktycznie zapłacił, ale za poprzedni rok (ależ ten czas leci). Przebiegł wzrokiem po rozlicznych rozliczeniach, które w długim wyliczeniu wskazywały zasadność poboru opłaty aż dotarł do miejsca szczególnie interesującego.

Do zapłaty w sumie: 128,95 zł.

Naliczone przysługujące ulgi z zaokrągleniem: 0,00 zł

Łączenie do zapłaty: 129,00 zł.

Rozumie się, że to tylko pięć groszy, ale fakt, że trzeba dopłacić do ulgi? Mistrzostwo świata. Niektórzy ludzie chcą po prostu patrzeć jak ten świat płonie.

szaszki

środa, 10 kwietnia 2013
Śnieżyca – wpis wspomnieniowy - bo wiosna

Udawało się do połowy stycznia. Ale gdy nie mogli wyciągnąć samochodu ze śniegu bez pomocy pospolitego ruszenia sąsiadów, zapadła decyzja. Trzeba zacząć odśnieżać (jak się okazało, trwało to sukcesywnie niemal do teraz). Łopatę nabył już rok wcześniej, ot tak na wszelki wypadek, ale że jeszcze nie mieszkali, kurzyła się tylko na strychu. Nadszedł czas na odnowienie znajomości.

Jak się wkrótce okazało, odśnieżanie przed domem jest bardzo przyjemne i cudownie rozgrzewa. Zwłaszcza o 6.00 rano i przy kilkunastu stopniach mrozu. Jedna rzecz tylko psuje obrazek. Przy pierwszym wbiciu łopaty w śnieg, coś w niej delikatnie trzasnęło, dając pojęcie o solidności konstrukcji. Odśnieżanie jest więc czynnością mającą na celu nie zepsucie łopaty, śnieg odgarnia się przy okazji. A Żonka mówiła...

 

łopata

Tagi: śnieg
12:31, sickq
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31